Jest taka scena w filmie... Wakacje Jasia Fasoli, w której Pan Fasola, wraz z przyjaciółką trafia na festiwal filmowy, gdzie rozpoczyna się właśnie seans najnowszej produkcji Willema Dafoe. Nic nie byłoby w tym zabawnego, gdyby nie to, że sławny aktor jest producentem, reżyserem, scenarzystą, odtwórcą głównej roli i bogiem całego filmu. Gdy napisy z jego nazwiskiem przewijają się na ekranie, Dafoe wydaje się być tym zachwycony, nieomal podniecony. Oczywiście w przygodach Fasoli było to prześmiewcze. Okazuje się, że czasem rzeczywistość dogania fikcję. Wydaje mi się bowiem, że w taki samozachwyt wpadł reżyser, scenarzysta odtwórca głównej roli i producent Zanim się rozstaniemy, czyli Chris Evans. A to nigdy nie jest zdrowe.

Historia poszukiwania miłości dwójki ludzi na zakręcie życia, to schemat oklepany jak świat. Muszę pochwalić Kapitana Amerykę za to, że w zamyśle postarał się nieco odwrócić tę sytuację i powoli wtajemniczać nas w zawiłości i problemy dwójki bohaterów. Punkt wyjścia jest naprawdę dobry i zapowiada solidne kino. Niestety "rozłazi" się w dalszych etapach, kiedy najzwyczajniej w świecie wydaje się, że Evans traci pomysł na poprowadzenie historii niespełnionego życiowo muzyka i zdradzanej prze męża kobiety. Sądzę, że w pierwotnym założeniu twórca chciał stworzyć bardzo realistyczną love story, jednak zabrakło mu... samokrytyki. Całość czasami wygląda na megalomański pean na cześć Chrisa Evansa. I przez to traci wiele. Najgorszy w filmie jest jednak brak logiki wydarzeń i zero chemii między dwójką bohaterów. Już ja się znam na zwierzęcym magnetyzmie. Tutaj go po prostu nie ma, a temu, co się dzieje między bohaterami brakuje... podstaw. Nie skreślam jednak całkowicie Zanim się rozstaniemy, ponieważ jest w nim niewykorzystany do końca potencjał i zalążek czegoś naprawdę ciekawego. Wielu widzów zapewne wzruszy, ponieważ ma swoje silne momenty.
Czasem zbyt wielka wiara we własną siłę może się przeciwstawić przeciwko tobie. Ta maksyma, którą bardzo sprytnie wymyśliłem na potrzebę tego tekstu, sprawdziła się w przypadku Zanim się rozstaniemy. Warto czasem nie stracić głowy w samouwielbieniu. Szkoda tylko filmu, ponieważ pomysł i zalążek historii zwiastował duży potencjał.
Końska ocena: 6/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz