Filmy o piratach to dla twórców kinowych dosyć niewdzięczny materiał. Przekonał się o tym chociażby Roman Polański, który zaliczył dosyć spektakularną porażkę przy okazji Piratów. Przez długie lata obrazy o przygodach korsarzy, szubrawców rabujących okręty wszystkich mórz skazane były dosłownie na banicję. Aż do momentu, gdy pewien rozchwiany emocjonalnie i fizycznie młodzieniec w dredach nie zawitał do w pewnym porcie na Karaibach. Trzeba to jasno nazwać - Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły to był przełom w kinematografii światowej, a genialna rola Johnny'ego Deppa na stałe wpisała się w jego aktorskie emploi, że aż do doprowadziła artystę... do upadku. Niestety, większość reżyserów, która zatrudniała Deppa do swoich filmów, oczekiwała od niego mniejszej, lub większej wariacji postaci Jacka Sparrowa. Nie dziwota, że aktor popadł w manierę, później w zmęczenie, a na końcu w marazm. Każda z kontynuacji przygód zwariowanego pirata była coraz słabsza. Nie inaczej jest z filmem Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara, który z założenia miał być nowym, świeżym podejściem do historii i dowodem na to, że Depp się nie skończył. Niestety, tak się nie stało.
Początek filmu to zdecydowanie najmocniejsza część całego obrazu. Zwiastuje humor, akcję, czyli wszystko to, co w Piratach najlepsze. Niestety, gdzieś po drodze gubi się duch karaibskiej przygody, zmęczenie Deppa rolą Sparrowa, staje się coraz bardziej widoczne, a zamiast ciekawej fabuły dostajemy nieustający pokaz fajerwerków speców od CGI. Nie powiem, że efekty specjalne są tu na niskim poziomie, wręcz przeciwnie. Jednak nie są one w stanie zastąpić dobrej fabuły i chemii między aktorami. Tego po prostu brakuje. To, co było największym atutem jedynki, czyli wątki humorystyczne, silne duety i bohaterowie drugoplanowi, tutaj zostały zaniedbane w sposób brzydki i niesmaczny. Zlepek nieśmiesznych gagów, suchych niczym moje wczorajsze sianko dowcipów, co najwyżej przyzwoite momenty akcji i jałowe postacie - to wszystko, co otrzymaliśmy. Niestety okazuje się, że panowie Joachim Rønning i Espen Sandberg nie mięli zbyt wyszukanego pomysłu na odrestaurowanie historii rodem z Karaibów. Jako wiernego fana pierwszej części przygód kapitana Jacka Sparrowa, boli mnie to podwójnie. Zdejmuję piracka banderę z dachu stajenki.
Ostatnio znowu opuściło mnie szczęście do dobrych produkcji. Boleśnie jest mi patrzeć, jak z przełomowej, uznanej marki, robi się źródło do nabijania kabzy. Bo jak inaczej traktować taki film, jak Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara? Po obejrzeniu (na dwie raty) całości, nie pozostało we mnie nic. Pustka.
Końska ocena: 5/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz