Czy wiecie, że według założenia McDonald's miał być kuchnią rodzinną, domową? Dzisiaj już wiemy, że jest czymś zupełnie przeciwnym. To po pierwsze. Po drugie, rzadko się zdarza, aby polskie tłumaczenie tytułu filmu, było lepsze, niż oryginał. W przypadku "McImperium" to się udało. Historia Ray Kroca jest bowiem opowieścią o powstaniu największego imperium i symbolu konsumpcjonizmu na świecie. Jest to o tyleż fascynująca, co zastanawiająca historia, będąca jednocześnie teatrem jednego aktora - Michaela Keatona.
Mówiąc szczerze, jako koń, nie jestem zbytnim fanem kuchni najbardziej znanego fast foodu na świecie. Jest wiele innych, smaczniejszych dla mnie rzecz, jak marchewka, czy owies. Nie mogę jednak odmówić marce McDonald's jednego - jest w jego logo, marketingowej otoczce i całemu kolorowemu opakowaniu coś wciągającego. Coś co czasem zwabi także i mnie. I tutaj dochodzimy do sedna filmu, ponieważ niewątpliwym sukcesem "McImperium", jest ukazanie pewnego rodzaju potrzeb i psychologii tłumu amerykańskiego. Twórcy udowadniają, że na świecie potrzebne są takie fast foody, jak to stworzone przez Maca i Dicka Mcdonaldów. Ukazują nam też inną prawdę - raz na jakiś czas pojawiają się na tym świecie osoby, które wpadają na pomysł będący rewolucją na skalę światową, która jednak nie wystarczy. Musi się zakręcić przy nich gość, który rozpozna ten fenomen i zaszczepi w umysłach innych. I tutaj na arenę wkracza Ray Kroc.
Kim jest główny bohater filmu? Pijawką, cwaniakiem, prostakiem z niezaspokojoną ambicją i wysokim ego. Wizjonerem. To, co najbardziej mi się podoba w obrazie Hancocka, to zabawa z emocjami widza. Twórcy świadomie igrają sobie z naszymi uczuciami - raz szczerze kibicujemy Krocowi, a raz doszczętnie go nienawidzimy. Gdzie zatem złoty środek? Gdzie prawda? Odpowiedź jest prosta i udziela jej sam bohater - w pieniądzu, dolarze. "McImperium" jest kolejnym dowodem na to, że na tym świecie można kupić wszystko. Nie istnieje takie prawo, które by powstrzymało Raya przed osiągnięciem celu. Zasady moralne i podstawy pomysłu braci Mcdonald, są dla tego świata bezwartościowe. Jest to gorzka lekcja, opakowana w kolorowe napisy i złote łuki, układające się w literę M. Sama fabuła filmu opiera się tylko na tym jednym wątku. Przynajmniej tak się wydaje po seansie. Jest to niewątpliwie słabość tej produkcji i jednocześnie jej atut.
Jeżeli uwielbiacie Michaela Keatona, lubicie śledzić dzieje i mechanizmy działania kapitalistycznych hegemonów, to jest to film dla was. Odtwórca roli Beetlejuice'a i Batmana jest niczym Diva na scenie i daje prawdziwy popis. To jest największy atut "McImperium". Jeżeli oczekujecie niesamowitej fabuły i niespodziewanych zwrotów akcji, to oszczędźcie sobie dwugodzinnego seansu. Wszyscy wiemy przecież jak się skończyła historia McDonald's. Nic tu nowego nie znajdziecie. Prawda?
Końska ocena: 7/10
P.S. Po obejrzeniu filmu zadałem sobie pytanie: czy teraz bardziej, czy też mniej chcę odwiedzić Maca? Nie byłem w stanie sobie odpowiedzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz