Od początku nie będę was oszukiwał. Jedno. Wielkie. Rozczarowanie.
Pogalopowałem na "Legion (tfu!) samobójców" ze sporymi oczekiwaniami. Nie czytałem recenzji i opinii - nie chciałem się nastawiać negatywnie. Byłem, zobaczyłem, nie bawiłem się dobrze... Nie będę się rozpisywał o tej śmiesznej próbie nawiązania do stylu znanego z filmów Marvela. Powiem tylko tyle - obraz Ayera fabularnie powiela wszystkie błędy BvS (chaos, nic nie wnoszące, bezsensowne sceny, płytki scenariusz) i dodatkowo tworzy nowe.
Nie mam nerwów na wysublimowaną recenzję Po prostu wymienię wszystko to, co sprawia, że moje rozczarowanie jest wieeeelkie. Oto lista potknięć:
Rozczarowujący jest przede wszystkim Joker, grany przez Jareda Leto. W ogóle mnie nie przekonała jego kreacja, przekraczająca granicę kiczu i dobrego smaku. Nie ma w nim nic z króla zbrodni i arcyklauna. Wokalista 30 Seconds to Mars przeszarżowuje, na siłę próbuje pokazać, ze jest lepszy od Ledgera i Nicholsona razem wziętych. Jego Joker nie ma w sobie w jednak w ogóle głębi i drugiego dna. Wychodzi z tego... klaun-wydmuszka.
Czarny charakter też kiepściutki. Czarownica (sic!) bazuje tylko na gównianym (tak, to dobre słowo) CGI. Nic więcej. Po seansie zapomina się, ze w ogóle istniała. Pozostałe postacie nie zostały stosownie rozwinięte (znośni są jedynie El Diablo i Killer Croc, ale tyle ich w filmie, ile kot napłakał). Drętwy niestety jest Deadshot. Miałem duże oczekiwania wobec Willa Smitha, po świetnej roli Hancocka, gdzie udowodnił, że w roli antybohatera, który zaczyna grac po stronie dobra, czuje się świetnie. No i czas w końcu na to, co miało największą przynętą "Suicide Squad'u", czyli Harley Queen. Dziewczyna Jokera, w całym filmie wydawała się najlepszą kreacją, ale w pewnym momencie zaczęła mnie najzwyczajniej w świecie... straszliwie irytować. Jej postać się nie rozwija, przez co staje się nieciekawa.
Może jestem na tyle rozgoryczony i rozczarowany seansem, że w tym niesmacznym obroku nie widzę żadnego zjadliwego kąska. Na plus mogę jednak zaliczyć, odwzorowanie komiksowych pierwowzorów. Ale to moim zdaniem też działa na niekorzyść filmów. Już dawno bowiem doszedłem do wniosku, że im bardziej twórcy chcą się wzorować na komiksach, być wierniejsi oryginałowi, tym gorzej. Analogiczna sytuacja, występuje w przypadku adaptacji filmowych. Zawsze najlepsze są takie, które w luźny sposób nawiązują do wzorca i go jedynie interpretują. Dyskusyjna jest też sprawa nadludzkich mocy, czarów i innego badziewia. Niektóry efekty się pewnie spodobały. Fajerwerków z najwyższej pólki jest sporo. Ale czary, magia... moim zdaniem to po prostu nie wychodzi chłopakom z DC. Batmany Nolana były do szpiku kości realistyczne i to był ich sukces. Porzucenie tej ścieżki było, póki co, największym błędem decydentów uniwersum.
Jako konkluzję tego kwaśnego wywodu uznajcie tę oto obietnicę: ja, koń, jako wielki fan Batmana, nie wybiorę się na Ligę Sprawiedliwości. Nie ma opcji. Może zbyt wiele oczekuję od prostej rozrywki dla tłumów? Ale w końcu jest zwierzęciem stadnym...
Rżę zdegustowany,
Koń
Końska ocena: 4/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz