Długo zagrzewałem kopytka do seansu kolejnego filmu z katastroficznego uniwersum Cloverfield. Jakoś nie było mi z nim po drodze. Pierwsza część, czyli "Project Monster" utrzymana w paradokumentalnym stylu, nie przekonała mnie do końca. Czegoś mi tam brakowało. Jakiegoś smaczku, twistu, no po prosu takiej słodkiej kosteczki cukru dla łakomego konika. Kolejna propozycja jest jednak zdecydowanie ciekawsza.
Nie zaskoczę. Największym atutem filmu Dana Trachtenberga jest rola Johna Goodmana. Stary Fred Flintstone po raz kolejny naprawdę daje radę. Jego postać jest niejednoznaczna. To dziwne, przenikliwe i jednocześnie szalone spojrzenie fanatyka teorii spiskowych przewierca na wylot. Niby ratuje dwójkę nieszczęśliwców, a jednocześnie od początku przyprawia o gęsią skórkę. Jak się okazuje, słusznie. Muszę też pochwalić twórców za klimat i intrygujący zabieg fabularny - opiera się on na przewrotnym zestawieniu ze sobą dwóch głównych, zazwyczaj wykluczających się w filmach motywów - porwania dziewczyny przez pomyleńca i jednoczesnego uratowania jej przed rzeczywistą katastrofą. Rzadko kiedy spotyka się takie intrygujące rozwiązania scenariuszowe.
Póki co wydaje się, ze to film na wysoką notę, prawda? Koń jednak sądzi, że można było wyciągnąć więcej z "Cloverfield Lane 10". Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniami. Oto co kuleje i psuje ten ciekawy z punktu wyjścia obraz: przede wszystkim konstrukcja pozostałych postaci, niedomówienia, zbyt prędka akcja i banalne rozwiązania niektórych sytuacji, powodują, że wszystko staje się jakieś, takie... nijakie. Nie są to elementy, które przekreślają całość, ale przyznajcie, że zarzuty są dosyć poważne.
Podsumowując, "Cloverfield Lane 10" jest filmem specyficznym. Trochę zastanawiającym, trochę nierównym. Jednak w wielu aspektach naprawdę wartym uwagi i poświęcenia mu tych stu minut z kawałkiem.
Rżę,
Koń
Końska ocena: 6,5/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz