
Panie i panowie, "Stranger Things" za mną, więc czas na końską recenzję! Nie chcę się zagalopować, ale muszę przyznać, że był to jeden z najlepszych seriali, jakie widziałem w moim rozbrykanym życiu. Sprawdza się przez to prawidłowość - im mniej ukazuje zwiastun, tym lepiej. Ośmioodcinkowa seria Netflixa jest dziełem (tak, dziełem!), które może stać się spełnionym snem wszystkich dzieciaków lat 80. i... nie tylko.
Jest to wielopłaszczyznowa historia, ukazana w pozornie bliskim nam świecie, który posiada swoje (dosłowne) drugie, mroczne odbicie. Groza, fantastyka, przygoda, diagnoza profilu amerykańskiego społeczeństwa i rodziny - wszystko to i wiele więcej odnajdziecie w serialu braci Duffer.
Na filmwebie znajdziemy taki opis: "Kiedy znika mały chłopiec, jego matka musi stawić czoło przerażającym siłom, żeby go odzyskać." Jak się nietrudno domyślić, te kilka słów w sposób bardzo pobieżny ujmuje to, o czym opowiada nam historia dziwnych wydarzeń w pewnej małej miejscowości gdzieś w USA.
Serial składa się z kilku płaszczyzn, spajających się w jedną, niezwykle smaczną całość. Od pierwszej sceny wciąga nas i urzeka wyjątkowy klimat. Wydarzenia bowiem przedstawiane są tutaj z kilku perspektyw - grupki dzieciaków, Willa, Mike'a, Dustina i Lucasa, zafascynowanych grami fabularnymi RPG, Władcą Pierścieni, komiksami i paranauką, ich starszego rodzeństwa i rodziców. Doskonale uchwycone relacje między nimi świetnie uzupełniają pełną zwrotów akcji i tajemniczości historię. Widzimy tutaj odarte z fałszywej otoczki rodziny z amerykańskiego snu, gdzie rodzice nie znają własnych dzieci i nie mają z nimi kontaktu. Problemy rodzinne i tragedie, są tutaj punktem wyjścia do ukazania walki z prawdziwym, namacalnym złem.
Całość jest jednak przede wszystkim ukłonem i hołdem dla kina lat 80. W pokojach otaczają nas plakaty ze "Szczęk", "Coś", "Ducha", mamy tu dosłowne nawiązania do twórczości Kinga, twórcy puszczają oko do widzów i zapożyczają sceny z E.T. (źli naukowcy w skafandrach, BMX'y), a bohaterowie mówią językiem Gwiezdnych Wojen. "Stranger Things niczym "popkulturowa gąbka", wchłania wszystko to, czym fascynowali się geekowie tamtych lat i nastolatkowie wychowani na kinie Nowej Przygody. Rzeczywistość, w którą jesteśmy wtłoczeni przez braci Duffer, jest urealnionym i spełnionym snem ówczesnych nastolatków, którzy z jednoczesnym strachem i... fascynacją wchodzą do ukochanego przez nich świata. Wiem, dla nierozsmakowanych w tych klimatach widzów, może być to danie pozornie niezbyt strawne. Koń jednak movie: nie dajcie się zwieźć i zniechęcić! Całość bowiem układa się w zgrabnie ułożoną, porywającą opowieść, pełną akcji i emocji. Nie czujemy popkulturowego przesytu, ponieważ sama historia od początku porywa i zaciekawia, a bohaterowie przeżywają swoiste oczyszczenie i wchodzą nie tylko w głąb owej drugiej strony, co w głąb siebie. Wszystko to jest okraszone świetną muzyką, klimatyczną i charakterystyczną, a jako smaczki dogrywają nam od czasu, do czasu Joy Division, czy The Clash.

Na koniec mam do was kilka pytań, na które sami udzielicie sobie odpowiedzi. Czy wychowywaliście się na filmach Spielberga? Lubicie klimaty Stephena Kinga? Kochacie kino Nowej Przygody z "The Goonies" i Indianą Jonesem na czele? Jeżeli tak, to MUSICIE zobaczyć "Stranger Things". Dla fanów jest to danie, z dużą ilością marchewek, które koń uwielbia najbardziej. Odnajdziecie tutaj swoje własne serce. Tymczasem dla zwykłych odbiorców, nierozsmakowanych w tym sosie, serial będzie z kolei świetną, porywającą historią z pogranicza gatunków. Co ciekawe, otwarte zakończenie daje nam możliwość dla kontynuacji historii. Ja już nie mogę się doczekać!
Rżę spełniony,
Koń
Końska ocena: 9/10
10/10 :)
OdpowiedzUsuńMimo wszystko to ukłon w stronę klasyki, więc 9/10 z końskiej strony. :D
Usuń