Trudno mi określić, co jest motywem przewodnim, głównym tematem "Manchester by the Sea". Jeżeli miałbym się jednak zdobyć na taką syntezę, to powiedziałbym: życie. A właściwie jego okrutna, nieczysta strona. Mało w kinie mainstreamowym jest produkcji, które w tak drastyczny sposób wykraczały poza granice gatunku i... wrażliwości. Drugą sprawą jest, czy Lonergan zrobił to umiejętnie.
Historia Lee Chandlera to nieustanny zjazd na samo dno. Mamy tutaj nawiązanie do biblijnego Hioba, tylko bez happy endu. Poznajemy losy bohatera w sposób niechronologiczny i kiedy wydaje się nam, że już coś o nim wiemy, to nagle okazuje się to być tylko wierzchołkiem góry lodowej. Do tego typu narracji i roli doskonale pasuje Casey Affleck wcielający się w Chandlerai. Jego wrodzona nieśmiałość, wycofanie, skonfrontowane z wewnętrznymi demonami, dają mieszankę prawdziwie wybuchową i autodestrukcyjną. To właśnie on jest najmocniejszym punktem filmu. Reszta, moim zdaniem, jest wykonana zaskakująco... nieumiejętnie. Tak, w następnym akapicie pojawi się kilka gorzkich słów.

Lista moich zarzutów wobec "Manchester by the Sea" jest dosyć długa. Po pierwsze, sądzę, że Lonergan zwyczajnie nie do końca podołał temu, co chciał przestawić. W wielu momentach tempo akcji jest zbyt powolne, a historia zbyt rozwleczona. Nie mówię tutaj o retrospekcjach z przeszłości. Chodzi mi bardziej o powielanie scen, które wnoszą do obrazu ten sam przekaz, co kilka poprzednich. Uważam, że jeżeli zakładasz, że film ma przekazać coś głębokiego, burzyć i uderzać emocjonalnie w samo serce i wrażliwość odbiorcy, to nie możesz popadać w monotonię. Niestety ten błąd popełnili twórcy dramatu. Brak spójności scenariusza, to kolejny jego negatywny aspekt. Niektóre sceny wplatane są nieco "na siłę". Odniosłem wrażenie, że Lonerganowi brak nieco subtelności i wyczucia w tej kwestii. Epatowanie dramatyzmem i tragedią nie jest złe, ale do tego potrzeba fachury i mistrzostwa. Tego niestety brakuje. Nie przekonały mnie też do końca niektóre postacie drugoplanowe - ich największym minusem jest to, ze nie zapadają w pamięć. A tego samym obrazie, mimo wszystkich potknięć, powiedzieć nie można.
Nie miałem zamiaru się pastwić nad jednym ze zwycięzców tegorocznych Oscarów, ale powyższe błędy po prostu musiałem wytknąć. Mimo nich, całość wypada naprawdę korzystnie, a świat głównego bohatera, po seansie wydaje się przez nas ledwie "liźnięty". To wystarczy, aby wystawić mu solidne sześć i pół.
Końska ocena: 6,5/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz