
Cały dzień biegałem niespokojny po zielonej trawce i rozmyślałem jak tu nie zbezcześcić filmu, będącego szczytowym osiągnięciem kina amerykańskiego i jedną z najlepszych adaptacji filmowych wszech czasów. Postanowiłem, że postaram się unieść tego ciężkiego jeźdźca, jakim jest "Czas Apokalipsy" w sposób zgodny z moją naturą - bez zbędnego strachu i powolnego analizowania. Robiono to już wielokrotnie wcześniej, a ja pomimo mej stadnej natury, nie lubię iść ślepo za tłumem. Nie będę więc się zachwycał i wymieniał KULTOWE sceny, nie mam zamiaru cytować fragmentów, które ryją mózg do samej pestki. Zainteresowanych odsyłam do wujka Google. Przejdę za to kłusem do tego, co wyróżnia film Coppoli na tle innych obrazów traktujących o wojnie.
Akcja "Apocalypse Now" rozgrywa się podczas walk w Wietnamie. Kapitan Willard (Martin Sheen) zostaje wysłany z misją zabicia niejakiego pułkownika Kurtza (Marlon 'fuckin' Brando), który podobno obrócił się na ciemną stronę. Płynie w głąb kraju pogrążonego w chaosie wojny. Jednak pisząc, że jest to film wojenny, udowodniłbym wrażliwemu widzowi, że jestem osłem, a nie koniem. Już od pierwszych akordów przejmującego i niepokojąco smutnego "The End" grupy The Doors, połączonych z rozmytymi obrazami zalewanej napalmem dżungli, wiemy że będziemy mieli do czynienia z czymś więcej, o czym zwyczajnie "wojenny" napisać po prostu nie można.

Uderza mnie zawsze to, jak cholernie uniwersalny jest film Coppoli. Akcja mogłaby rozgrywać się podczas dowolnego konfliktu zbrojnego. "Czas Apokalipsy" udowadnia, że sens i zachowania ludzi, podczas wojny są zawsze takie same - zezwierzęcone ( i kto to movie!), wyzute z norm moralnych, a jednocześnie rozpaczliwie poszukujące utraconego człowieczeństwa. Scena z genialnym Robertem Duvallem jest tego kwintesencją. Oczywiście, mamy tutaj również rozprawę z pękniętym niczym bańka mydlana amerykańskim snem, ale nie jawi się ona, jako najważniejsza.
Prawdziwy dramat i paradoks rozgrywa się na zupełnie innej płaszczyźnie. Od początku wiemy już, że w Wietnamie nie ma miejsca dla takich postaci, jak Willard. W trakcie jego misji dostrzegamy jednak coś jeszcze bardziej przerażającego - dla niego nie ma już też innej alternatywy. Jego pozornie spokojne oblicze, pod którym czai się mrok i szaleństwo, budzi największy niepokój. Patrząc na ten niepasujący spokój, wiemy dlaczego jemu powierzono tę misję. Widzimy, że całe zło pochłaniane jest przez bohatera jako narkotyk. A najgorszym z nich jest sam Kurtz, tajemniczy i niepokojąco fascynujący. Wpisany w kręgosłup utworu pojedynek osobowości, jest z góry przesądzony. Wygrywa go Kurtz, nie będąc nawet na ekranie! Wydaje się bowiem, że stan umysłowy postaci granej przez Brando, jego pomylenie, jest pewnego rodzaju formą iluminacji, do której od początku dąży Willard. Kurtz jest kolejnym stadium przepoczwarzenia kapitana, jego następną ewolucją. Aby ją osiągnąć musi tamtego zabić.

Dzieło F. F. Coppoli jest nostalgiczną, przerażającą i hipnotyzującą wędrówką w głąb szaleństwa. Ukazuje ludzką, a zarazem nieludzką stronę wojny i świata, w którym wszystkie reguły zostały odwrócone. Oglądając kolejne, wysmakowane (tak, to dobre słowo) obrazy zniszczenia, trwogi i obłędu, mam zawsze nadzieję na to, że wędrówka do jądra ciemności, jaką odbywamy z Willardem, jest tak naprawdę jego snem, koszmarem, z którego może się wybudzić i o nim zapomnieć. Na próżno.
Na deser pozostaje rzecz niezwykle ważna - relacja pomiędzy książką Conrada (vel Korzeniowskiego) "Jądro ciemności", a zainspirowanym nią filmem. Cóż, Coppola uczy nas i twórców, jak twórczo należy interpretować i adaptować powieści. Czaaem aby stworzyć coś wielkiego, trzeba pójść własną ścieżką, reinterpretować, inspirować sie materiałem źródłowym. Jak to wyszło w przypadku "Czasu Apokalipsy"? Powiem krótko - maestria.
Rżę i kłaniam się niziutko,
Koń
Końska ocena: 10/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz