
Uwielbiam Batmana. Kropka.
Fascynuje mnie tym, że w stadzie herosów o niewyobrażalnych mocach, on będąc zwykłym człowiekiem z zabawkami i czysto ludzkimi zdolnościami, jest wśród nich największym ogierem. Co z tego, że to bajka, fikcja i dziecinada? Mroczny rycerz uczy, że każdego z nas stać na zostanie HERO. O to chyba chodzi w kinie, nie? I to tyle w kwestii miłych akcentów tego artykułu...
Zacznę od pytania. Panie Snyderze, dlaczego? Mając za sobą taki potencjał, pieniądze i modę na superbohaterów, pan zwyczajnie spartolił coś, czego spartolić nie można było! Ale spokojnie, prrr... Zluzuję trochę lejce i po prostu rzetelnie wymienię wszystkie potknięcia, które doprowadziły, moim zdaniem, BvS do porażki.
Zacznę od fabuły - kulawej, niespójnej i źle wyważonej. Jest to tym bardziej zaskakujące, ponieważ ani Cavill (Superman), ani tym bardziej Affleck (Batman), nie grają źle i całkiem nieźle się tłuką. Co zatem nie zatrybiło? Wyjaśniam: pozornie wszystko jest tu na miejscu. Reżyser (niby) buduje napięcie, wydłuża czas do nieuniknionego pojedynku Nietoperza z Supkiem, ale, na moją podkowę, ile w tym czasie przedstawia nam scen zupełnie niepotrzebnych, epatuje bezsensownym, bo nieumotywowanym mrokiem i wprowadza totalny chaos narracyjny! Przez to, całe domniemane napięcie wydaje się sztuczne i nieprawdziwe. W pierwszej części filmu wątki zwyczajnie, nie układają się w spójną całość. Dłużyzny mieszają się ze skrótami myślowymi, dając w efekcie zlepek kadrów, niejasności i autonomicznych historii, nieudolnie połączonych ze sobą w jedną pulpę. Nie wiem kto pisał scenariusz "Świtu sprawiedliwości", ale ewidentnie objadł się nieświeżego owsa.
Nie rekompensuje niczego też finalna walka. Ładna i dopracowana, fakt. To co ją psuje, to jeden mały szkopuł... nie jest do końca jasne, co powoduje w gacku taką nienawiść do syna Kryptonu. Ogląda się to zwyczajnie z niesmakiem, bo... nie, no wybaczcie, ale wyjaśnijcie mi, na litość boską, co motywuje Wayne'a do walki? Te liściki, które otrzymuje w czekach od smutnego pracownika? Albo może argumentacja w stylu: "on ratuje miliony, ale jeżeli istnieje szansa na to, że może być naszym wrogiem, to lepiej spuśćmy mu łomot"? Itd. Itp. Etc. W epickim finale, mamy wrażenie, że czekaliśmy na coś, co po prostu nie nastąpiło. Takimi infantylnymi rozwiązaniami i budową głównych bohaterów, Snyder zwyczajnie urąga inteligencji zwykłego widza, a co dopiero tego wymagającego. W efekcie to, co miało być wisienką na torcie, staje się przeładowanym patosem wygłupem dwóch poprzebieranych chłopców, napuszczonych na siebie przez nastolatka. Do tego Zimmer i Junkie XL walą nam po uszach kakafonią dźwięków tak przerysowanych, że szkoda rżeć. Zamyka to nieudolny motyw: "twoja matka też ma na imię Martha? Zostańmy przyjaciółmi!". Aha, bym zapomniał! Jeszcze przecież na dobicie wpada ten cały Doomsday... Kaplica.
To jeszcze nie koniec. Przypominacie sobie, co Nolanowskiego "Mrocznego Rycerza" stworzyło arcydziełem gatunku? Tak, panie i panowie - Joker. Słabość BvS tkwi także w źle napisanym czarnym charakterze i jeszcze tragiczniejszej grze Jessego Eisenberga, który tak bardzo przesadza, popisuje się i przerysowuje swojego bohatera, że aż chce mi się go strzelić kopytem w tyłek. Od początku, do końca nie wiemy dlaczego jego Lex Luthor tak bardzo nienawidzi Supa. Widzimy rozhisteryzowanego bobasa, który nieznośnie piszczy przez cały film, nieudolnie próbując zmiksować Człowieka-Zagadkę i Jokera. Nie tędy droga, Jesse!
Możecie się ze mną nie zgodzić, zarzucić mi ogłupienie cukierkowatością (a cukier to ja lubię) filmów ze STAJNI Marvela. Będę się bronił kopytami i... kopytami, a do oburzonych mówię: patrz akapit pierwszy tego tekstu. Niestety, DC pobiło się swoją najsilniejszą bronią. Szkoda. A może jest to syndrom jakiegoś większego zjawiska - zmęczenia tematyką superbohaterską? Kto wie? Ja jednak wciąż mam nadzieję, że Suicide Squad, albo lepiej, Legion Samobójców (co to w ogóle za tytuł?!) da radę.
Rżę zawiedziony i smutny,
Koń
Końska ocena: 5,5/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz