Wspominałem już nie raz, nie dwa razy, że największym wyzwaniem dla twórców, jest zrobienie dobrej adaptacji filmowej. Prawdziwym Mount Everestem jest zaś udane przetworzenie światowego bestseleru i lektury szkolnej większości nastolatków na świecie. Mówię to jako koń uczący małe źrebaki. Z takim zadaniem musieli się zmierzyć netflixowi twórcy Ani, nie Anny, którzy podjęli się interpretacji losów Ani z Zielonego Wzgórza. Mówiąc szczerze, mam sentyment do wersji z 1985 roku, uważam też, że produkcja filmowa z zeszłego roku (ze świetnym Martinem Sheenem), również ma swój urok. Po obejrzeniu czterech odcinków, mogę jednak spokojnie napisać, że to właśnie serial Netflixa uważam za najlepszą, najbardziej trafioną, bo nie kopiującą książkę, adaptację losów rudowłosej sierotki.

Początek pierwszego odcinka subtelnie i niespiesznie wprowadza nas w całą historię. Twórcy od początku trochę pogrywają z widzem - pozornie wydaje się, że dosyć wiernie będą odtwarzać nam książkowe losy Ani. Dosyć szybko jednak okazuje się, że proponują nam o wiele głębszą i trudniejszą opowieść, niż ta, którą znamy z kart powieści Lucy Maud Montgomery. Wielkie brawa należą się dla reżyserów i producentów, którzy dokonali castingu - Mateusz, Maryla, Diana i Pani Lynde są niezwykle przekonujący i trafieni. Główną bohaterkę poznajemy dosyć późno. Dopiero po parunastu minutach. Kiedy już jednak pojawia się na ekranie, to wiemy kto skradnie całe show - Amybeth McNulty w roli Ani z Zielonego Wzgórza to po prostu niespodziewany strzał w dziesiątkę. Młoda aktorka to najlepsza odtwórczyni kultowej marzycielki w historii szklanego ekranu. Jej postać nie jest tylko roztrzepaną i pogrążoną w świecie wyobraźni dziewczynką, którą znamy z powieści i poprzednich adaptacji. Jest kimś zdecydowanie większym. Twórcy Ani, a nie Anny poszli bowiem dalej - skupili się na traumie, którą przeżywała odrzucana i nieakceptowana sierota, jej przeżyciach i inności, jaką została niejako naznaczona przez okrutny los. Niedopasowanie do świata bohaterki, jest świetnie wzmacniane poprzez małomiasteczkowość Avonlea i zaściankowość ludzi tam mieszkających. Są momenty, gdzie prawdziwie czujemy jej ból i łzy. Nie będę więcej słodził i głosił peanów na cześć nowej produkcji Netflixa. Muszę obejrzeć całość serialu. Jednak, jak do tej pory, jest perfekcyjnie. Może momentami zbyt poważnie i nawet mrocznie. Mało tutaj scen zabawnych, znanych z pierwowzoru książkowego, ale przez to... czy nie jest bardziej życiowo i prawdziwie?
Podsumowując... Netflixie, tu skurczybyku! Znowu ci się udało. Od klimatycznego intra, przez wybór lokacji, muzykę i casting - wszystko jest tak, jak trzeba, nawet bardziej. Zafundowałeś nam Anię z Zielonego Wzgórza, na którą wszyscy czekali. Zafundowałeś nam opowieść, która jest godna fenomenu książki kanadyjskiej pisarki.
Końska ocena: 9/10 (póki co)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz