czwartek, 13 kwietnia 2017

By koń o swej sile wiedział, żaden by na nim nie siedział - "W samym sercu morza"

W samym sercu morza (2015), reż. Ron Howard

Znalezione obrazy dla zapytania w samym sercu morza

Jestem tylko koniem, nie się wymądrzać... ale mam pewną teorię co do największej bolączki współczesnego kina. Otóż moim zdaniem, w ostatnich latach twórcy starają się robić filmy efekciarskie, a nie efektowne. Jak to rozumieć? Otóż wydaje mi się, że wszyscy twórcy starają się wpasowywać w masowe gusta, wyznaczane przez jakiś aktualny trend, najczęściej zapoczątkowany przez sukces jednostki. Skomplikowałem? Poda przykład: sukcesy u końca lat 90. święciły japońskie horrory, więc Amerykanie szybko zabrali się za robienie podobnych im tworów, lub remake'ów. Powstały takie "łańcuszki" zrobione z coraz to gorszych paciorków. Celem jest oczywiście szczyt Box Office'u. Smutne. Tymczasem Ron Howard, tworząc W samym sercu morza nie sugerował się tym prawidłem.

Zapytacie, do kogo skierowany jest ten film? Z pewnością nie dla fanów Pacific Rim'u i innych podobnych mu blockbusterów. Jeżeli oczekujecie widowiskowych ujęć, popisów sztuki kaskaderskiej, fajerwerków i przeładowania efektami specjalnymi, to srodze się rozczarujecie i lepiej oszczędźcie sobie dwóch godzin swojego czasu. W samym sercu morza jest bowiem historią o granicach ludzkiej determinacji i wytrzymałości, zestawionej z pierwotną, nieujarzmioną siłą, skondensowaną w postaci białej bestii z samego serca morza. 


Znalezione obrazy dla zapytania w samym sercu morza

Howard wydaje się być uczniem starej szkoły i opiera się trendom. Dzięki temu fabuła jest wielopoziomowa i wymagająca skupienia. Od samego początku dzieło twórcy Pięknego umysłu wciąga nas i ujmuje wyjątkowym klimatem, kolorami, niesamowitymi ujęciami. Nie mamy tutaj zbędnych efektów, na samym wstępie nie uderza w nas wielkim "łubudu". Zamiast tego widz zostaje wciągnięty w grę reżysera, który balansuje pomiędzy mitem samego Moby Dicka, a faktograficznym zacięciem, znanym już z samej powieści Melville'a, który nomen omen pojawia się w samym filmie. To właśnie ciekawie wykreowane postacie, antagonizmy między nimi i niespiesznie prowadzona historia wyróżniają W samym sercu morza na tle innych filmów tego gatunku z ostatnich lat.

Koniowi bardzo przypadło do gustu wykorzystanie literackiego pierwowzoru Melville'a. Howard bawi się legendą białego wieloryba, który jest tutaj ukazany w sposób spektakularny i jednocześnie przejmujący. Niczym duch, nemesis i krwawe narzędzie matki natury przemierza oceany, wyrównując rachunki z ludźmi, którzy zadarli z odwiecznymi siłami, wierząc że są panami tego świata. Moby Dick jest symbolem potęgi drzemiącej w przyrodzie, której człowiek rzucił wyzwanie. Nie trzeba wyjaśniać kto wygrywa w tym pojedynku. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wszystkie ogromne stworzenia tego świata były świadome swojej siły....


Podobny obraz

W samym sercu morza można zarzucić zbyt powolne tempo, brak emocjonujących zwrotów akcji i nieco zbyt dużo przewidywalności. Sądzę jednak, że na tych elementach nie zależało twórcom w pierwszej kolejności. W końcu bazowali na tytule znanym niemal każdemu człowiekowi na świecie. Jako zwierzę pierwotne, z całego dzikiego serca polecam film Howarda, szczególnie tym, który wychowali się na wielkich epickich filmach z dawnych lat.

Rżę pochłonięty,
Koń

Końska ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz