niedziela, 19 marca 2017

Potwory istnieją - "Kong: Wyspa Czaszki"

"Kong: Wyspa Czaszki" (2017), reż. Jordan Vogt-RobertsZdjęcie użytkownika Koń Movie.
Potwory istnieją
Idąc do kina na King Konga, trzeba wiedzieć, czego mamy się po nim spodziewać i jakie są nasze oczekiwania. Przykładowo, ja pogalopowałem z zamiarem totalnego odmóżdżenia, zobaczenia fajnych efektów i przeżycia niesamowitej przygody. Większość moich potrzeb została całkowicie zaspokojona. To jest duży sukces filmu Vogta-Robertsa.
"Kong: Wyspa Czaszki" należy do tych produkcji, które łatwo ocenić za pomocą plusów i minusów. Udowodnię wam, że tych pierwszych jest zdecydowanie więcej, co przemawia na korzyść produkcji. Przede wszystkim na brawa zasługują efekty specjalne i zdjęcia. Sam Kong, stwory i inne efekty specjalne wykonane są na bardzo wysokim poziomie (no, może oprócz podziemnych potworów, które były jakieś dziwaczne). CGI w ogóle nie razi, jak to często bywa w najnowszych produkcjach. Wrażenie wizualnego nasycenia wzmacniają plenery i ujęcia, jakby rodem przeniesione z "Czasu Apokalipsy", albo "Full Metal Jacket". Zresztą są tutaj całkiem klarowne odniesienia do obrazu F. F. Coppoli - lot helikopterów na Wyspę Czaszki, plus dźwięk muzyki z głośników pokładowych, są jakby żywcem wyciągnięte z amerykańskiego klasyka. Ogólnie bardzo mi przypasował do gustu pomysł zmiksowania klimatu i otoczki Wietnamu z akcją filmu, dodało mu przynajmniej trochę głębi. Spostrzegawcze oko dostrzeże jednak więcej małych smaczków i ukłonów w stronę kultowych produkcji hollywoodzkich - wypowiedziane przez Packarda, granego przez Samuela L. Jacksona "Hold on to your butts", jest niczym innym jak powtórzeniem cytatu z Raya Arnolda, którego ten sam aktor grał w "Parku Jurajskim". To właśnie Packard i Marlow (John C. Rilly) są najjaśniejszymi postaciami tej produkcji. Oprócz Konga, rzecz jasna. To on jest bowiem jedyną i prawdziwą gwiazdą, w przciwieństwie do "Godzilli" Garetha Edwardsa, gdzie ogromny jaszczur był odsuniety gdzieś na drugi plan.
Niestety, jak wspomniałem na początku, obraz Jordana Vogt-Robertsona nie jest pozbawiony wad. Kwestią dyskusyjną pozostaje to, czy trzeba je traktować jako błędy, czy też świadomą decyzję i ścieżkę twórców. Pierwszym minusem jest fabuła, które jest praktycznie... zerowa. Polecieli, ponapieprzali się z wielką małpą, ci co ocaleli, wrócili. I tyle. Mimo wszystko liczyłem na coś więcej. Drugim grzechem jest niewykorzystanie potencjału jednego z moich ulubionych aktorów młodego pokolenia - Toma Hiddlestone'a, który gra Marlowa (swoją drogą nazwiska Marlow i Conrad nie nasuwają wam kolejnego, tym razem literackiego nawiązania?). Początkowo zarysowany jako totalny badass, a w samej akcji ma naprawdę znikomy udział i jest dosyć... nijaki.
Jako podsumowanie opowiem wam anegdotkę z wczorajszego wieczoru: mój kuzyn (i nie chodzi mi o osła tym razem) był zawiedziony seansem i powiedział po filmie, że największym minusem jest według niego brak realizmu, obecnego jego zdaniem w "Godzilli". Wiecie, chodziło mu o te nuklearne próby etc. Jak na konia przystało, nie zgodziłem się z nim. Mało tego, uznałem, ze "Kong: Wyspa Czaszki" jest lepszą produkcją niż wyżej wspomniana, ze względu na dosyć wyrazistych bohaterów ludzkich. On się jednak upierał przy tym realizmie, a ja obstawiałem przy swoim. Dlaczego? Odpowiem pytaniem. Jakiego realizmu oczekujemy po filmie o King Kongu? :)
Końska ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz